Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomorze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomorze. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 lipca 2011

Najpiękniejsze wakacje mojego życia

Ten wpis dedykuje pamięci moich dziadków z Kwidzyna na Pomorzu oraz mojemu nie żyjącemu  ojcu. Wpis ten też pojawił się na moim poprzednim blogu www.warsawman.bloog.pl   Skopiowałem go tutaj dlatego, że mam sporo nowych znajomych. Także na Facebook i tam to prezentuję. Jak napisać komentarz do mojego posta to łopatologicznie jest wyjaśnione O TU WŁAŚNIE!

W  wakacyjne miesiące roku dam dwa wpisy poświęcone NAJPIĘKNIEJSZYM WAKACJOM MOJEGO ŻYCIA.

Ten wpis jest o wakacjach jakie spędzaliśmy u dziadków(rodzice mojego ojca) w Kwidzynie na Pomorzu.

Następny wpis będzie o wakacjach na wsi w przepięknych górach i lasach świętokrzyskich.
Wieś Kopcie, okolice Końskich, Skarżyska Kamiennej, Samsonowa.


Do dziadków do Kwidzyna jeździliśmy od wczesnego dzieciństwa. Najpierw z rodzicami i dwiema siostrami. Potem już z trzema siostrami. Bo doszła jeszcze jedna Kasia(niestety nie żyje)

Dziadkowie i mój ojciec pochodzili z Polesia na Kresach Wschodnich. Po wojnie przybyli do Polski i otrzymali gospodarstwo rolne, poniemieckie w Kwidzynie.

I co roku jeździliśmy do dziadków. Najpierw koleją z Warszawy. A dziadek furmanką czekał na nas już na stacji kolejowej w Kwidzynie. I furmanką przyjeżdżaliśmy do gospodarstwa.
W Kwidzynie mieszkała też moja ciocia i stryj. I od razu na drugi dzień jak się dowiedzieli, ze my przyjechaliśmy to nas odwiedzali ze swoją dwójką dzieci. Januszem i Jagodą.
Tak więc nas była trójka dzieci i bawiliśmy się od rana do wieczora. W Kwidzynie  przebywaliśmy ponad miesiąc a czasami dwa miesiące. Mój ojciec jako pracownik naukowy miał 6 tygodni urlopu(tak wtedy było w kodeksie pracy) Pomagał też swoim rodzicom w gospodarstwie. Fizycznie, ale też poradami. Ojciec był z wykształcenia inżynierem rolnikiem. Mam też.

W Kwidzynie dziadkowie mieszkali w trzech miejscach. Na gospodarstwie rolnym przy ulicy Malborskiej, w mieszkaniu w centrum miasta przy ulicy Dzierżyńskiego. Na Batalionów Chłopskich i na koniec w przepięknym domku jednorodzinnym na ulicy Fredry.

Dziadek był zapalonym myśliwym, ojciec mój i stryj wędkowali. Ja z bratem stryjecznym też wędkowałem.  Jak był już samochód to jeździliśmy z Kwidzyna gdzie się dało. Nad morze do Sobieszewa i Stegny(po raz pierwszy zobaczyłem wtedy morze!), do Malborka, do Trójmiasta, do Elbląga, nad Wisłę do Korzeniewa, na leśne jeziora na wędkowanie, na polowania głównie na kaczki. Wyżeł Han aportował. Na dziki była Mucha. Jamnik długowłosy. W Elblągu był grób mojego braciszka. To pierwsze dziecko moich rodziców. Wituś. Żył tylko kilka dni. Raz do roku będąc u dziadków jadąc do Elbląga odwiedzaliśmy ten grób . O grób dbał miejscowy grabarz, który nas przyjmował śniadaniem na trawie. I rodzice oczywiście wtedy płacili za opiekę nad grobem.


Babcia i ciocia bardzo dobrze gotowały i lubiły to robić.
W sierpniu zaczynał się sezon polowania na kaczki. No to mieliśmy często na obiad: Zupę chłodnik z jajkiem, na drugie kaczka smażona z ziemniakami tez smażonymi i pokrojonymi w plasterki. Do tego mizeria. A na deser to zawsze był kompot. Najczęściej rabarbarowy z wanilią. Ale też były i inne kompoty, przetwory, bo babcia miała przepiękny ogród. Robiła z dziadkiem też wina.  Bardzo lubiliśmy pić zimny podpiwek robiony przez babcię. Podpiwek był rozlewany do butelek jeszcze poniemieckich. Ja bardzo tez lubiłem pieczone jabłka nadziewane marmoladą z rabarbaru i posypane cukrem pudrem...palce lizać!!!

Dziadek miał pasiekę i pszczoły. I wirówkę do miodu. Pamiętam jak dziadek w czarnej pończosze na twarzy i w kapeluszu z dmuchawką do dymu krzątał się przy ulach.
Pamiętam też smak i zapach takiego świeżego miodu prosto z ula!
Babcia robiła też swoje masło. I potrafiła piec placki drożdżowe. Najlepiej one smakowały z marmoladą rabarbarową, dżemem agrestowym czy gruszkowym..
Jak wracaliśmy do Warszawy po miesiącu pobytu to nasze auto Skoda combi zapchane było rożnymi przetworami, weckami i bańką 10 litrową miodu.


Na  Święta Bożego Narodzenia od dziadka dostawaliśmy pocztą upolowanego przez Niego zająca.  Mam z niego robiła pasztet.

Drogi wtedy były pustawe. 90% osób aut nie miało. Dziadek był zmotoryzowany. Miał Małą Jawkę. Czeski motorower. Potem kupił fabrycznie nowego Mikrusa! Made in Poland rodem z Mielca! Polskie auto małolitrażowe. Oczywiście już się nie produkuje.

Często tak podróżując wymijaliśmy tabory cygańskie. Wozy kolorowe ciągnięte przez konie. A na tych wozach z tyłu wietrzyła się pościel. Dziadek czasami użyczał swojego pola pod obozowisko cygańskie. I z Cyganami grał na skrzypcach. Rodzinkę miałem muzykalną(proszę zobaczyć na fotkę). Lecz ja słuchu muzycznego niestety nie odziedziczyłem. Janusz brat stryjeczny grał w szkolnym zespole big-beatowym. Teraz mieszka na stałe w Kanadzie w Montrealu. Tam się ożenił i ma dwoje dzieci.

W tamtych czasach młodzież chętnie wędrowała autostopem. Była taka zorganizowana akcja. Wyciągało się książeczkę autostopowicza i zatrzymywało samochody. Autostopowicz dawał kierowcy za podwiezienie kupony. A te kupony brały udział w losowaniu nagród.
Mój ojciec jak nasza Skodzinka była pusta to chętnie autostopowiczów zabierał. A kuponów nie brał.
Najwięcej autostopowiczów stało na Bielanach w Warszawie przy drodze wylotowej w stronę Gdańska. Łapali okazje nad morze....
Tak autostopem można był zwiedzić cały kraj z bardzo małe pieniądze!
Teraz taborów cygańskich nie ma, autostopu też nie ma.
W jednym wpisie nie mogę tego umieścić co robiliśmy i gdzie byliśmy w czasie wakacji. Nie da się! Więc musi wystarczyć to co jest.
I potwierdzam i proszę uwierzyć!
TO BYŁY NAJPIĘKNIEJSZE WAKACJE MOJEGO ŻYCIA!
Tunezja, Hiszpania, Wyspy Kanaryjskie itp odpadają!
Owszem chciał bym być młodszy. Ale nie żal mi dawnych wakacji.
Teraz takich nikt prawie niema. Mój syn też nie. Może tylko posłuchać i fotki pooglądać. 
Szerokiej drogi i ciekawych, czynnych wakacji życzy Vojtek




Ps. prawie wszystkie fotki robił mój ojciec. Radzieckim aparatem Zorki, wierną kopią niemieckiego aparatu Leica. Ojciec sam też je wywoływał.
Zastanawiam się też jak mając czworo dzieci ojciec mój tak aktywnie żył???
Ale się tego już chyba nigdy nie dowiem. Dziś się narzeka mając jedno dziecko.