Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2011

Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie

Na wieś Kopcie w Świętokrzyskie jeździliśmy w dzieciństwie na cały miesiąc. Dlaczego tam?
     Moja mama wraz z ojcem znalazła się tam po Powstaniu Warszawskim. W gospodarstwie Pani Lisowskiej.  Ludność Warszawy Niemcy wypędzali z miasta. Na wsi dziadek zajął się nauczaniem miejscowych ludzi. Był profesorem i dyrektorem fabryki przed wojną. Mama była tam sama z dziadkiem. Wujek brat mamy znalazł się w Niemczech w obozie jenieckim(walczył w Powstaniu) a ciocia Halinka zginęła niestety w Powstaniu.
              I długo po wojnie Pani Maria Lisowska zapraszała nas tam co roku na wakacje. Ojciec nas tam autem zawoził a potem po miesiącu po nas wracał.

Więc byliśmy tam sami z mamą. Ja i moje trzy siostry:)
Pamiętam jeszcze jak tam prądu nie było i używało się lamp naftowych. I pamiętam do dziś ich zapach!
             Dla ludzi z Warszawy to była frajda.  Cicho wieczorami i ludzie chodzili spać  z kurami. Na tej wsi oczywiście wtedy nikt auta nie miał i nawet motocykla.
No i wszyscy prawie chodzili na bosaka!
Najbliższy sklep był w sąsiedniej wsi Szałas. To okolice Skarżyska Kamiennej, Stąporkowa i Końskich.  Przepiękne lasy świętokrzyskie pełne grzybów, jagód, jeżyn i poziomek.
     
Jagody zbieraliśmy na wyścigi. Potem moja mama z Panią Lisowską robiły pierogi z jagodami.  Podawane ze śmietaną i cukrem. Śmietana od krowy a nie ze sklepu: Pani Lisowska miała piękną drewnianą chatę krytą słomianą strzechą. I wielki piec. W tym piecu piekło się chleb i ciasta, suszyło się grzyby.
Pościel była lniana własnej roboty.  A materace to sienniki.......trudno o lepszą frajdę dla mieszczuchów ze stolicy!

Pani Marii pomagaliśmy. Zbieraliśmy szyszki i drobne gałęzie na opał do pieca. Bo gotowało się na ogniu. Gazu oczywiście nie było.
    Po śniadaniu wychodziłem z domu na prawie cały dzień. Szedłem  najczęściej na koniec wsi pod las do rodziny Ściegiennych. Tam było pięcioro dzieci. Najbardziej lubiłem rówieśnika Zenka.
Pomagałem w sianokosach i w żniwach. Dla mnie to była zabawa a dla nich codzienna praca.
Najbardziej lubiłem jechać na olbrzymiej kupie siana na wozie ciągnionym przez konia!
Raz wóz wjechał na korzeń wielkiego dębu i się przechylił.
W jednej chwili spadliśmy razem z sianem na ziemię:) Ale nikomu nic się nie stało.
Wieczorami paśliśmy krowy w lesie i paliliśmy ognisko. I pieczenie ziemniaków.
Po zwózce siana do stodoły skakaliśmy sobie na to siano z wysoka!
        Z chłopakami od Ściegiennych też ryby łapaliśmy. W leśnej rzece. Robiło się  tamę z piasku i wiadrami się wodę wybierało. Potem rękami się wyciągało ryby-miętusy spod korzeni.  Już w domu ściągało się z nich skórę i gotowało...
        Czasami mama pozwalała iść tam na nocleg na siano do Ściegiennych. 
Wszystko dobrze się skończyło. Ale mieliśmy też niebezpieczne zabawy.
Próbowaliśmy popalać papierosy w stodole pełnej siana!
Oczywiście rodzice o tym nie wiedzieli.
Jak by się to wszystko zapaliło to pewnie  z życiem byśmy nie uszli. Teraz jak o tym pomyślę to aż mnie ciarki przechodzą. I dziś rodzice nie wiedzą o wielu rzeczach co robią dzieci.
W Lasach Świętokrzyskich  była bardzo rozwinięta partyzantka. I było tam dużo pozostałości po wojnie. Karabiny, naboje, bomby.
I my to zbieraliśmy. I od czasu do czasu granaty odpalaliśmy w ognisku. Bóg nad nami czuwał. Nic się nie stało. Ale w tamtych czasach było bardzo dużo wypadków śmiertelnych od niewypałów.
Mam też oczywiście o tym nie wiedziała. Chyba jednak za duże do mnie miała zaufanie:)
Zebrałem pokaźny zbiór niewypałów i schowałem w szafie. Jak ojciec po nas przyjechał to znalazł to. O mało lania nie dostałem!
Zabrał to i zawiózł na milicję.  Pani Lisowska przysyłała nam co roku w paczce suszone prawdziwki. Zbierane przez siebie i suszone na swoim piecu. To były grzyby!
Wieś Kopcie była otoczona lasami. Lasy po horyzont!
I to był prawdziwy odpoczynek do wielkiego miasta. Pod koniec miesiąca ojciec po nas przyjeżdżał i wracaliśmy do Warszawy. Na dwa, trzy dni. Przepierka w pralce Frania:)
A potem na miesiąc do Kwidzyna do babci i stryjostwa. Ale to opisałem poprzednio.
Jak ojciec po nas przyjeżdżał to spał u Pani Lisowskiej jedną noc i żeśmy autem robili wycieczki. Do Dębu Bartka, do Świętej Katarzyny, Do Kielc. I też wycieczki piesze lasem na Świną Górę.......To była daleka wyprawa.... Niedaleko Dębu Bartek(najstarszy dąb w Polsce) mieszali znajomi rodziców. I podejmowali nas obiadem......

        Parę lat temu pojeździłem z żoną po śladach moich dawnych wakacji. Byliśmy i na Kopciach. Wieś wchłonął już prawie las...opustoszała. Spotkaliśmy jedną osobę co pamiętała mojego dziadka Tadeusza. I opowiedziała nam o nim jak tam prowadził nauczanie. Bardzo mi było przyjemnie. Żadnego kolegi z dzieciństwa nie spotkałem. Żyje jeszcze siostra Pani Lisowskiej. W Domu Opieki w Końskich. Mamy z Nią kontakt. Na tą wieś chcę w tym roku pojechać jeszcze raz. I może odwiedzić parę chat. A na pewno fotki zrobić. To była prawdziwa POLSKA WIEŚ. Kobiety chodziły do kościoła w zapaskach. Takich nakładanych na ramiona.


Ten wpis chciałem głównie dedykować Pani Marii Lisowskiej i mieszkańcom wsi Kopcie i okolic. Pani Maria Lisowska jakiś czas przechowywała u siebie w domu majora Hubala. To była odważna, dobra i bardzo pracowita kobieta. Jak wszyscy mieszkańcy tych pięknych okolic. Mam nadzieję, że może któraś z tych osób trafi na ten wpis:)
Pozdrawiam z Mazowsza
Vojtek
Ps. Wszystkie fotki robił mój ojciec radzieckim aparatem małoobrazkowym Zorki. I sam w ciemni wywoływał fotki.



Od lewej Pani Lisowska, siostra Kasia i moja mama


Na tej fotce od lewej są moje trzy siostry, rodzina Ściegiennych, drugi kolega i ja


Od lewej ja, najmłodsza siostra Kasia(nie żyje), Zośka, Marynia i moja mama.


Na kopie siana na furmance!

Od lewej: Ja, Pani Lisowska, moja mama z Kasią, Marynia i Zośka


Moja siostra Zośka z koleżanką ze wsi:)